książka

Odpowiedz 
 
Ocena wątku:
  • 0 Głosów - 0 Średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Rewolwer kapiszonowy - jak długi miał żywot ...
Razorblade1967
Unregistered
     
  Okres:
Post: #11
RE: Rewolwer kapiszonowy - jak długi miał żywot ...
widiowy7 napisał(a):A jak wygląda kwestia ewentualnego odpalenia kilku komór na raz?
Pytanie zadaję ze względu na posiadanie w "partii" Taczanowskiego karabinów rewolwerowych. I podobno dochodziło do odpalania kilku komór.
Odpalenie więcej niż jednej komory na raz może mieć w zasadzie dwie przyczyny.

Jedna to spowodowanie odpaleniem jednego kapiszona zapłon kolejnego, kolejnej komory. Tą przyczynę w zasadzie eliminuje odpowiednie wyprofilowanie tylnej części bębna - przyjrzyj się wcześniej wrzuconym fotkom - wydać wyraźnie, że kominki są "schowane" w wycięciach bębna. Za to była to przypadłość wczesnych rewolwerów wiązkowych (wiązka luf).

Druga przyczyna to zapalenie kolejnej komory (komór sąsiadujących) na skutek płomienia z wystrzału tej "właściwej" komory (znajdującej się naprzeciw lufy). Tutaj generalnie takiemu zapłonowi przeciwdziała przybitka, która znajduje się pomiędzy prochem, a kulą. Dodatkowym zabezpieczeniem było smarowanie lub zakrapianie gorącym woskiem wylotów komór - a czyniono to w czasach świetności rewolwerów kapiszonowych głownie ze względu na to aby ochronić proch przed wilgocią podczas czasem długotrwałego przenoszenia rewolweru w kaburze, w różnych warunkach atmosferycznych. W każdym razie wystrzeliłem w życiu parę tysięcy kul i pocisków z rewolwerów kapiszonowych i nigdy nie odpaliła i więcej niż jedna komora (choć raczej stosuje "bojowe" czyli spore naważki prochu). Choć raz taki przypadek widziałem - gość nie rozkonserwował rewolweru, nie zastosował przybitki i pewnie jeszcze mu się nieco prochu na przedniej ścianie bębna rozsypało (przylegając do tłustej powierzchni), w efekcie odpaliły oprócz właściwej jeszcze dwie sąsiednie komory. Ale skończyło się na śmiechu z gościa, który "wiedział lepiej" - nawet broń nie ucierpiała. W każdym razie dobrze nabyty rewolwer nie odpala więcej niż jednej komory.

W epoce często podczas pośpiesznego nabijania przybitek nie stosowano, sypiąc dodatkowo proch pod brzeg komory - to i takie wypadki bywały. W przypadku rewolweru to mało groźne, no chyba że odpali komora "na szóstej" - w pozostałych przypadkach w zasadzie niczym to nie grozi. Trochę gorzej jest z karabinem rewolwerowym, bo gdy takowy ma łoże przed lufą (jak Colt Root) to trzyma się lewą rękę przed bębnem. W przypadku odpalenia sąsiedniej komory może nastąpić zranienie strzelca. Problemem jest coś innego - zauważ, że na fotkach, które wrzuciłem widać spory przedmuch pomiędzy bębnem, a lufą. Nie jest zbyt komfortowo trzymać rękę obok bębna. Ponadto z rewolweru strzela się trzymając broń nieco dalej od twarzy - w karabinie złożenie powoduje, że twarz jest blisko bębna i to też nie poprawia komfortu strzału, bo to wszystko następuje blisko twarzy. Do tego jeszcze osiągi broni rewolwerowej były mniejsze od broni jednostrzałowej (ilość prochu mniejsza i mniejsza szczelność układu). I moim zdaniem właśnie te czynniki były bardziej powodem, że karabiny rewolwerowe nie miały jakiejś ogromnej popularności. Jednak były używane w sumie przez okres używania rewolwerów kapiszonowych - co świadczy, że problemy z tą bronią były jednak dość ograniczone, a odpalenia wielu komór nie należy demonizować. Gdyby się co drugiemu taki karabin w rękach rozlatywał to by ich tyle lat nie kupowano i nie użytkowano. Czyli sam problem występował, ale czytając niektóre współczesne dywagacje uważam je za mocno przesadzone.

Natomiast dość wygodnie strzela się karabinków rewolwerowych nieco mniejszych, lżejszych, krótszą lufą. Np. popularny obecnie karabinek rewolwerowy na bazie Remingtona M1858 - jest tak ukształtowany, że strzela się z podparciem prawej ręki przez lewą, chwytem od dołu (tak jak z pistoletu/rewolweru z dostawną kolbą) i nijakie niebezpieczeństwo nie istnieje, a sama broń pozwala na trafianie sylwetek na 150m - czy na odległości 2-3 krotnie większej niż możliwości typowego rewolweru (z ciężkiego Walkera z dużym ładunkiem i lufą 9 cali strzelam do sylwetek do 75m, z Dragoona, Navy czy Army na 50m).
19.04.2012 10:08
Odpowiedz cytując ten post
Offline
Profesor
Zasłużony
     
Liczba postów: 739
Dołączył: 09.12.2011
Okres: Starożytność
Post: #12
RE: Rewolwer kapiszonowy - jak długi miał żywot ...
Hej
(18.04.2012 22:12)widiowy7 napisał(a):  A jak wygląda kwestia ewentualnego odpalenia kilku komór na raz?
Pytanie zadaję ze względu na posiadanie w "partii" Taczanowskiego karabinów rewolwerowych. I podobno dochodziło do odpalania kilku komór .
Ano właśnie - karabinów.

Ja też słyszałem, że takie wielokrotne odpalenia się zdarzały ("chain fire"). Najlepiej jakby się wypowiedział ktoś z czarnoprochowych strzelców, jak to wyglądało w praktyce. Generalnie na ile wiem dotyczy to przede wszystkim sytuacji jak ktoś jest brudasem i flejtuchem, przy ładowaniu rozsypuje proch a broni nie czyści. Przy ładowaniu łatwo jest ponoć, wciskając pocisk tą dźwignią do komory bębenka, nacisnąć zbyt mocno i wytłoczyć trochę prochu przez kominek kapiszona. Proch rozsypuje się w okolicach tylnej części bębenka, a jeśli rewolwer jest ogólnie brudny, pokryty nagarem, no to tego nie widać. I nieszczęście gotowe.

Myślę że problem dotyczył w większym stopniu karabinów niż broni krótkiej. Raz, że przy mocniejszym naboju więcej było gazów i więcej ich wypływało szczeliną między bębenkiem a lufą, więc i większa szansa że podpaliły takie resztki prochu. Dwa, że poważniejsze były konsekwencje takiego zdarzenia. Broń krótką trzyma się jedną ręką więc nawet jak wystrzeliło kilka komór no to właściwe co z tego. Jeśli nawet ciśnienie wywołane jednoczesnym odpaleniem rozerwało bębenek, no to co, co najwyżej jakieś drobne obrażenia dłoni, tyle że rewolwer do wyrzucenia. W przypadku karabinu było dużo gorzej, z uwagi na to że podtrzymuje się go lewą ręką, która wypada akurat gdzieś tam przed bębenkiem. W razie takiego chain fire wylatujące pociski niemal na pewno w nią uderzały. Mogło się to skończyć poważnym kalectwem, nawet utratą ręki. Także ewentualne rozerwanie bębenka, w sytuacji gdy mamy go blisko twarzy, mogło mieć poważne konsekwencje.

Z drugiej strony są to ogólnie rzeczy mało prawdopodobne. Jak ktoś zna swoją broń i dba o nią, to prawdopodobieństwo chain fire jest znikome. A w czasach broni jednostrzałowej posiadanie rewolweru dawało sporą przewagę.

Niemniej jak nawet nic nie wybuchło łańcuszkowo i się nie rozerwało, to i tak przypuszczam, że strzelanie z karabinu było niezbyt przyjemne. Typowe dla rewolweru zjawisko przeciekania gazów prochowych na styku bębenka i lufy było w tamtych czasach uzupełnione drobnymi odpryskami ołowiu, gdy komora bębenka nie była idealnie równo w osi lufy (co przy ówczesnym poziomie technicznym było zrozumiałe) i pocisk obijał się o jej krawędź. Znowuż, w karabinie to zjawisko musiało być bardziej dotkliwe z uwagi na duże ciśnienie no i lewa ręka znowuż znajdowała się blisko tego newralgicznego miejsca (chyba wypadałoby używać jakiejś grubej rękawicy?).

Pozdrawiam
Speedy
19.04.2012 10:43
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Razorblade1967
Unregistered
     
  Okres:
Post: #13
RE: Rewolwer kapiszonowy - jak długi miał żywot ...
Speedy napisał(a):Przy ładowaniu łatwo jest ponoć, wciskając pocisk tą dźwignią do komory bębenka, nacisnąć zbyt mocno i wytłoczyć trochę prochu przez kominek kapiszona. Proch rozsypuje się w okolicach tylnej części bębenka, a jeśli rewolwer jest ogólnie brudny, pokryty nagarem, no to tego nie widać. I nieszczęście gotowe.
Mało prawdopodobne - otwór w kominku, od strony komory bębna jest bardzo mały (jak się przy strzelaniu zapcha to się go odtyka cienka igłą do szycia), trudno byłby coś tam wtłoczyć, szczególnie że słup prochu jest dość spory, a nacisk podczas wciskania kuli raczej go po prostu ubija. Zresztą problemu w ogóle nie ma gdy jest jeszcze przybitka.

Ale ogólnie masz rację - dobrze nabita i rozkonserwowana broń nie daje takich efektów. Rozerwanie bębenka też jest raczej mało prawdopodobnie - w razie zapalenia się prochu w sąsiednich komorach nastą pi po prostu wystrzelenie z nich kul. Dlatego najbardziej obstawiam na "dyskomfort" podczas strzelania - czyli lewa ręka w okolicach występowania przedmuchu i bliskość twarzy i bębna. Przypadki zranień pewnie były - ale nie sądzę by były jakieś nagminne. Zresztą w walce za pomocą broni odprzodowej jednostrzałowej też się zdarzały rozerwania lufy w tylnej części - gdy żołnierz w ferworze walki nie zauważył niewypału i nabił broń jeszcze raz, a ta za drugim razem wystrzeliła - tyle, że miała już dwie porcje prochu i dwie kule. Dlatego np. żołnierzy uczony by zwracali uwagę na to jak głęboko wchodzi stempel. No ale byli w walce ... w tłumie, w stresie to i czasem nie zauważali. Podobnie z karabinem rewolwerowym - nabijany pośpiesznie mógł spowodować wystrzał z dwóch czy więcej komór (proch się rozsypał, poszła iskra itp.).
19.04.2012 16:22
Odpowiedz cytując ten post
Online
Moderator
Moderator
     
Liczba postów: 3,994
Dołączył: 13.11.2011
Okres: Starożytność
Post: #14
RE: Rewolwer kapiszonowy - jak długi miał żywot ...
"Pieprzniczki" - Ciekawy, przejściowy wariant w rozwoju broni palnej.
Co na ten temat wiadomo?

Pozdrawiam
poldas
[Obrazek: Polska_Flaga.gif] Piszę poprawnie; Przynajmniej tak mnie się wydaje.
24.04.2012 20:13
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Razorblade1967
Unregistered
     
  Okres:
Post: #15
RE: Rewolwer kapiszonowy - jak długi miał żywot ...
poldas napisał(a):"Pieprzniczki" - Ciekawy, przejściowy wariant w rozwoju broni palnej.
Bardziej "ślepa uliczka" w rozwoju broni wielostrzałowej. W sumie naturalna konsekwencja wcześniejszych pistoletów z dwoma, a czasem z czterema lufami. Broń jednostrzałowa miała tą wadę, że po oddaniu strzału pistolet stawał się praktycznie bezużyteczny, bo naładowanie go w walce był problematyczne (przeciwnik był przecież już blisko, skoro używało się broni pozwalającej trafić z około 30m). No to powstawały pistolety dwulufowe. Niektóre miały dwa zamki, a inne jeden i dwie lufy, które trzeba było obrócić. Powstawały też pistolety z czterema lufami i dwoma zamkami - po dwóch strzałach obracało się lufy i można było strzelić jeszcze dwa razy. Rewolwer wiązkowy był próbą zastosowania większej liczby luf i jednego zamka, przy zastosowaniu jeszcze mechanicznego obrotu luf.

Tyle, że to miało jeden mankament - mnożenie luf powodowało większe rozmiary i ciężar broni. Z tego względu takie rewolwery miały stosunkowo krótkie lufy - zwykle około 3-calowe (generalnie większość tych rewolwerów miała lufy 2,5 - 3,5 cala / 63-89mm) i raczej umiarkowany kaliber. Energia pocisku nie był duża, prędkości początkowa raczej nie przekraczała 150m/s. Celność broni i jej skuteczność była niewielka - w sumie broń kieszonkowa do walki na odległość góra do 10-15m. Z zasady nawet nie montowano na nich przyrządów celowniczych (raz, że nie bardzo było jak, a dwa że i tak nie miałoby to wielkiego sensu). Większość tej broni to lata 30-te i 40-te XIX wieku. Potem gdy stworzono sprawne modele rewolwerów gdzie wystarczała jedna lufa, a ładunki mieściły się z komorach obrotowego bębna powoli w zaniku. Choć oczywiście jako kieszonkowa broń cywilna przetrwały trochę lat w użytku - w zasadzie były tzw. "bronią podróżną", do użycia w razie napadu czyli z odległości bezpośredniej.
24.04.2012 22:03
Odpowiedz cytując ten post
Offline
Uczeń
Zarejestrowani
     
Liczba postów: 22
Dołączył: 05.12.2011
Okres:
Post: #16
RE: Rewolwer kapiszonowy - jak długi miał żywot ...
(24.04.2012 22:03)Razorblade1967 napisał(a):  l Powstawały też pistolety z czterema lufami i dwoma zamkami - po dwóch strzałach obracało się lufy i można było strzelić jeszcze dwa razy. Rewolwer wiązkowy był próbą zastosowania większej liczby luf i jednego zamka, przy zastosowaniu jeszcze mechanicznego obrotu luf.
A jak w sytuacji posiadania zamka skałkowego/ kapiszonowego, wyglądała sprawa podsypania/ założenia kapiszona?
Bo przecież te zamki są niejako "jednostrzałowe"
24.04.2012 22:26
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Razorblade1967
Unregistered
     
  Okres:
Post: #17
RE: Rewolwer kapiszonowy - jak długi miał żywot ...
widiowy7 napisał(a):A jak w sytuacji posiadania zamka skałkowego/ kapiszonowego, wyglądała sprawa podsypania/ założenia kapiszona?
Bo przecież te zamki są niejako "jednostrzałowe"

W przypadku np. pistoletu czterolufowego z dwoma zamkami - to broń posiada dwa kurki (zwykle też dwa spusty) oraz cztery panewki/kominki. Ładowała się cztery lufy (proch, przybitka, kula) oraz:
- w przypadku broni skałkowej sypało się proch na cztery panewki, po czym się je zamykało (to uderzenie kurka podnosi pokrywę panewki);
- w przypadku broni kapiszonowej zakładało się cztery kapiszony na kominki.

Napinało się dwa kurki i można było strzelić z dwóch luf. Następnie napinało się kurki (jeśli nie chciałeś strzelać do położenia pośredniego) i obracała się lufy. Kolejne dwie panewki lub kolejne dwa kominki ustawiały się naprzeciw kurków i znowu można było oddać dwa strzały. Po czym broń trzeba był załadować ponownie.

Czterolufowy pistolet skałkowy - http://www.oldguns.co.uk/images/pr41.jpg

PS. Istniała też broń "salwowa" - która mając jeden mechanizm odpalający, miał kilka luf, ale to inna bajka - bo broń wystrzeliwała te kilka kul jednocześnie.
24.04.2012 23:10
Odpowiedz cytując ten post
Offline
Profesor
Zasłużony
     
Liczba postów: 782
Dołączył: 14.11.2012
Okres: Epoka napoleońska
Post: #18
RE: Rewolwer kapiszonowy - jak długi miał żywot ...
Na forum BlackPowder znalazłem taki tekst

Panowie Littlefield i Watson mieli odmienne zdanie w pewnej kwestii .Watson był szybszy i pierwszy wyciągnął rewolwer strzelił i nie trafił, jeszcze raz strzelił -znów pudło ,w tym czasie Littlefield zdołał wyciągnąć bron ale gdy strzelił odpaliły 2-komory i rewolwer nadawał się na złom.Siostrzeniec Littlefielda podrzucił mu drugi rewolwer ale ten dla odmiany odmówił posłuszeństwa już przy 1-strzale .Watson tymczasem strzelał dalej do stojącego o kilka kroków i naprawiającego rewolwer Littlefielda. Wystrzelił cały bębenek i nie trafił , więc schował się za pobliskie drzewo zza którego obelżywie wyrażał sie o panu Littlefieldzie. Littlefield zdołał naprawić rewolwer i gdy Watson nierozważnie wychylił się zza drzewa by dalej go wyzywać ,strzelił w jego kierunku.Strzał był śmiertelny prosto w serce.( później Littlefield przyznał się ze celował w głowę)

Na westernach troszkę inaczej to wygląda....
Abstrahując od komiczności całej sytuacji ,[ choć to nie najlepsze słowo , mimo wszystko zginął człowiek] Odpalenie których komór , zezłomowało rewolwer pana Littlefielda ?. Odpalenie bocznych nie powinno przynieść takiego efektu . Natomiast gdyby odpaliła ta z 'godziny' 6 to wtedy ten pan , miałby większe kłopoty niż tylko uszkodzony rewolwer . Chyba że to był naprawde.. szczęśliwy dzień pana L
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.02.2013 15:22 przez welder.)
06.02.2013 14:51
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Razorblade1967
Unregistered
     
  Okres:
Post: #19
RE: Rewolwer kapiszonowy - jak długi miał żywot ...
(06.02.2013 14:51)welder napisał(a):  Odpalenie których komór , zezłomowało rewolwer pana Littlefielda ?. Odpalenie bocznych nie powinno przynieść takiego efektu . Natomiast gdyby odpaliła ta z 'godziny' 6 to wtedy ten pan , miałby większe kłopoty niż tylko uszkodzony rewolwer . Chyba że to był naprawde.. szczęśliwy dzień pana L
W sumie odpalenie komory naprzeciw lufy i komory dolnej jest mało prawdopodobne - najczęściej odpalają te obok siebie (co zresztą zdarza się ludziom o niewielkich umiejętnościach w obsłudze broni - bo w rękach osoby doświadczonej rewolwer kapiszonowy był i jest skuteczną bronią). Z drugiej strony najbardziej destrukcyjne mogło być właśnie odpalenie dolnej komory.

Tyle, że tekst, który zacytowałeś jest jak widać mocno "ubarwiony literacko" - wcale ten rewolwer nie musiał zostać "zezłomowany", wystarczyło choćby zablokowania mechanizmu, aby był nie do użytku do czasu rozłożenia i usunięcia problemu ... czego oczywiście w walce trudno oczekiwać. Broń stała się po prostu w danym momencie niezdatna do użytku.

(06.02.2013 14:51)welder napisał(a):  Na westernach troszkę inaczej to wygląda....
A tutaj już niekoniecznie - polecam serial "Hell on Wheels", gdzie walki za pomocą rewolwerów kapiszonowych są przedstawiane dość realistycznie. Zarówno pod względem obsługi broni (oraz modeli samej broni), jak i pod względem przeciętnych umiejętności ludzi ich używających (czyli poza pewnym weteranem wojennym, raczej niewielkie). Zresztą i życie ludzi przy budowie kolei też jest bardziej zbliżone do historii niż do cukierkowatych "westernów" z dawnych lat.
06.02.2013 23:09
Odpowiedz cytując ten post
Odpowiedz